Czy mniejsza liczba studentów na uczelniach oznacza wyższy poziom nauczania?

 

Wiel­kie prze­ra­że­nie ogar­nę­ło stu­den­tów, a przede wszyst­kim matu­rzy­stów w Pol­sce. Uczel­nie redu­ku­ją ilość przy­jęć! - krzy­czą nagłów­ki. Mniej­sza licz­ba stu­den­tów na uczel­niach! Wszyst­ko za spra­wą nowe­go algo­ryt­mu prze­li­cze­nia pie­nię­dzy przy­zna­wa­nych uczel­ni na każ­de­go stu­den­ta. Od przy­szłe­go roku aka­de­mic­kie­go na jed­ne­go wykła­dow­cę nie powin­no przy­pa­dać wię­cej niż 13 uczniów. Logicz­nym było­by zatrud­nie­nie więk­szej ilo­ści pra­cow­ni­ków, żeby nadal otrzy­my­wać odpo­wied­nie dofi­nan­so­wa­nie od pań­stwa, jed­nak wia­do­mo, że tam gdzie cho­dzi o pie­nią­dze, dzie­ją się dziw­ne rze­czy. I fak­tycz­nie, nie­któ­rzy mówią o zmniej­sze­niu licz­by stu­den­tów na uczel­niach, co ponoć ma pod­wyż­szyć poziom naucza­nia w Pol­sce. Spra­wić, że stu­dia znów będą dla elit. A ja się pytam. SERIO?!

 

 

Jaki wpływ na poziom nauczania ma ilość osób siedzących na sali?

 

 

Wie­lu z Was może koja­rzyć ostat­nią dys­ku­sję na Fan­Pa­geu Blue Kan­ga­roo. Przy­po­mnę tyl­ko, że zbul­wer­so­wa­na opo­wie­dzia­łam tam o nie­miec­kim wykła­dow­cy, któ­ry na uczel­ni w Saler­no CZYTAŁ swój wykład. Coś takie­go nigdy nie zda­rzy­ło mi się w Pol­sce na moim kie­run­ku i myśla­łam, że nie zda­rza się w ogó­le. Nie­ste­ty byłam w błę­dzie. Opo­wia­da­li­ście o wykła­dow­cach czy­ta­ją­cych swo­je wykła­dy, książ­ki (o któ­rych mówi­li, że zawie­ra­ją mnó­stwo błę­dów), czy­ta­ją­cych cudze książ­ki i pre­zen­ta­cje bez poda­wa­nia auto­ra! Czy poziom naucza­nia wzro­śnie, jeże­li na takim „czy­ta­nym“ wykła­dzie sie­dzieć będzie o poło­wę mniej stu­den­tów?

 

 

Czy ilość stu­den­tów na kie­run­ku medycz­nym ma wpływ na poziom naucza­nia, czy może jed­nak fakt, że kil­ka lat temu skró­co­no czas trwa­nia kształ­ce­nia takie­go stu­den­ta?

 

 

Fir­ma zatrud­nia dwóch infor­ma­ty­ków, ale ma jed­no sta­no­wi­sko kom­pu­te­ro­we. Pod­nie­sie więc swo­ją wydaj­ność, sku­tecz­ność i jakość pozby­wa­jąc się jed­ne­go infor­ma­ty­ka czy kupu­jąc mu dodat­ko­wy kom­pu­ter?

 

 

Mniej ludzi w sali. — Odezwiesz się?

 

 

mniejsza liczba studentów

 

 

No ale Ania, prze­cież mniej­sza ilość osób na ćwi­cze­niach ozna­cza, że nauczy­ciel może lepiej pra­co­wać z każ­dym ze stu­den­tów. Tak, owszem. W szko­le. Ale nie na uczel­ni. Stu­diu­ję filo­lo­gię, więc powiem na moim przy­kła­dzie jak to wyglą­da. Wyda­wa­ło­by się, że fak­tycz­nie nauka języ­ka w mniej­szej gru­pie jest bar­dziej efek­tyw­na. Czym innym jest jed­nak nauka języ­ka, gdy pła­cisz za kurs, a czym innym, gdy stu­diu­jesz filo­lo­gię. Filo­lo­gia to nie kurs języ­ko­wy. Tzn., że uczysz się też o lite­ra­tu­rze, kul­tu­rze i histo­rii dane­go kra­ju. Nie wszyst­ko krę­ci się wokół opa­no­wa­nia języ­ka. Pamię­taj­my jed­nak, że za kurs języ­ko­wy pła­cisz. Chęt­niej się więc odzy­wasz. Bo zapła­ci­łeś i chcesz to wyci­snąć jak cytryn­kę. Na kur­sie atmos­fe­ra jest dużo luź­niej­sza, bo nie masz żad­ne­go par­cia. Nie zawsze tak jest, ale poge­ne­ra­li­zuj­my tro­chę. A teraz jak wyglą­da­ją zaję­cia na filo­lo­gii.

 

 

Mamy taką kul­tu­rę, że boimy się odzy­wać pod­czas zajęć. Gdy wykła­dow­ca zada­je pyta­nie więk­szość sie­dzi jak wry­ta. Zwy­kle te same jed­nost­ki pro­wa­dzą dys­ku­sję lub cho­ciaż odpo­wia­da­ją pół­słów­ka­mi. Swo­ją dro­gą, pisa­łam już o tym, jak wywrzeć pozy­tyw­ne wra­że­nie na zaję­ciach małym nakła­dem pra­cy. Czy jeże­li tych stu­den­tów, któ­rzy i tak pra­wie nic nie mówią będzie o poło­wę mniej w kla­sie, to poziom się pod­wyż­szy? Sami sobie odpo­wiedz­cie. A jeże­li już nawet kogoś onie­śmie­la towa­rzy­stwo 30 osób w gru­pie i przy 13 posta­no­wi się ode­zwać, to nie ozna­cza przy­pad­kiem, że powin­no się podzie­lić gru­pę na mniej­sze? Zatrud­nić wię­cej pra­cow­ni­ków?

 

 

Każ­de stu­dia mają swój pro­gram. To w pro­gra­mie zawar­ty jest poziom naucza­nia, bo tam zawar­te jest to, cze­go będziesz się uczył. Jaki więc wpływ na pro­gram ma ilość stu­den­tów?

 

 

A może studia powinny być płatne?

 

 

mniejsza liczba studentów

 

 

W Pol­sce stu­dia są dar­mo­we, bo gwa­ran­tu­je nam to kon­sty­tu­cja.

Ale! Czy POWINNY być płat­ne?

Prze­cież sama napi­sa­łam tro­chę wyżej, że pła­cąc za kurs języ­ko­wy chęt­niej wypo­wia­da­my się na zaję­ciach. Na pew­no pła­cąc za stu­dia chęt­niej odwie­dza­li­by­śmy mury uczel­ni, przy­cho­dzi­li­by­śmy na zaję­cia, no bo prze­cież za nie pła­ci­my. Wku­rze­ni stu­den­ci żąda­li­by odra­bia­nia odwo­ła­nych zajęć, bo prze­cież za nie zapła­ci­li. Ale czy to mia­ło­by wpływ na poziom naucza­nia? Czy raczej wpływ na pil­ność stu­den­tów?

 

Pła­cę, wyma­gam.

Poziom stu­diów zawar­tym jest w ich pro­gra­mie. Pła­cę, więc wyma­gam, praw­da? A co gdy­by tak pre­fe­ren­cje stu­den­tów zaczę­ły­by wpły­wać na pro­gra­my stu­diów. Myśli­cie, że to pro­wa­dzi­ło­by do pod­wyż­sze­nia pozio­mu? Let me think… Uczel­nie już wal­czą o stu­den­tów, jed­nak wal­ka o stu­den­ta-klien­ta ozna­cza coś zupeł­nie inne­go.

 

 

I w koń­cu speł­ni­ło­by się marze­nie nie­któ­rych osób o eli­tar­no­ści stu­diów. Eli­ty na stu­dia! Napraw­dę cudow­ny pomysł. Niech stu­diu­ją Ci, któ­rych na to stać, a resz­ta do robo­ty! Okej, zna­la­zły­by się oso­by, któ­re potra­fi­ły­by doro­bić sobie na stu­dia dzien­ne. Więk­szość pew­nie zde­cy­do­wa­ła­by się na te zaocz­ne, pra­cu­jąc cały tydzień. Czy to mia­ło­by dobry wpływ na poziom wykształ­ce­nia Pola­ków? Oso­ba pra­cu­ją­ca w tygo­dniu i stu­diu­ją­ca w week­en­dy nie­ste­ty nie jest w sta­nie tak poświę­cić się nauce jak stu­dent dzien­ny. I zno­wu odwo­łam się tu do filo­lo­gii. Myśli­cie, że odwie­dza­jąc uczel­nie co dru­gi week­end jed­no­cze­śnie pra­cu­jąc masz czas na naucze­nie się języ­ka? Jest pew­na róż­ni­ca mię­dzy stu­den­tem codzien­nie uczęsz­cza­ją­cym na zaję­cia, któ­ry w week­en­dy ma czas na naukę, a tym któ­ry pra­cu­je 5 dni w tygo­dniu.

 

 

Jak widać koniec koń­ców płat­ne stu­dia też nie pro­wa­dzą do pod­nie­sie­nia pozio­mu naucza­nia. Fak­tycz­nie stu­dia może i sta­ły­by się eli­tar­ne, ale chy­ba nie w takim sen­sie, jak sobie to wyobra­ża­my. No chy­ba, że ktoś marzy o tym, żeby nasze spo­łe­czeń­stwo podzie­li­ło się na wykształ­co­nych-boga­tych, bied­niej­szych-spryt­nych-z-papier­kiem, i tych bied­niej­szych-mniej-spryt­nych-bez-papier­ka. Oczy­wi­ście bar­dzo gene­ra­li­zu­ję teraz, bo część ludzi świa­do­mie nie idzie na stu­dia, by roz­wi­jać się bez nich i są to przed­się­bior­cze, kre­atyw­ne i mądre oso­by. Koń­cząc ten wywód, chcę powie­dzieć, że moim zda­niem stu­dia nie powin­ny być płat­ne.

 

 

Jak więc podnieść poziom studiów w Polsce?

 

 

mniejsza liczba studentów

 

 

Sko­ro płat­ne stu­dia nie mają wpły­wu na poziom naucza­nia ani też ilość stu­den­tów nie ma wpły­wu na poziom naucza­nia, to co ma?

Pro­gram stu­diów, czy­li to, cze­go mają Cię nauczyć. Ale nie cho­dzi tutaj, żeby nagle do pro­gra­mu powci­skać nowy mate­riał o „wyż­szym pozio­mie“, tak, żeby z nauką wyro­bi­li się tyl­ko naj­sil­niej­si, a pozo­sta­li odpa­dli z prze­mę­cze­nia. Mniej zna­czy lepiej. Mniej, a inten­syw­niej. Zna­cie to: „prze­cież było na II roku“. Okej, było na II roku i tyl­ko wte­dy. Jestem czło­wie­kiem, nie maszy­ną, to nor­mal­ne, że nie pamię­tam. Odpo­wied­nia kon­struk­cja pro­gra­mu, np. Two­rze­nie go na bazie spi­ra­li, cią­głe roz­sze­rza­nie wie­dzy o dodat­ko­we infor­ma­cje, przy jed­no­cze­snym powta­rza­niu pod­staw znacz­nie lepiej utrwa­la infor­ma­cje w mózgu. Uczysz się mniej­szej ilo­ści mate­ria­łu, ale na dłuż­szą metę wiesz wię­cej.

 

 

Lep­sza kon­tro­la jako­ści naucza­nia powin­na zacząć się na zaję­ciach. Czy­li od tego jak pra­cow­nik uczel­ni (wykła­dow­ca) robi swo­ją robo­tę. Spo­sób w jaki prze­ka­zu­je wie­dzę powi­nien być cią­gle udo­sko­na­la­ny, wykła­dow­cy jak leka­rze powin­ni być całe życie szko­le­ni z nowych tech­nik naucza­nia. Niech pró­bu­ją nowych metod, niech spraw­dza­ją, ile ich stu­den­ci zapa­mię­ta­li z zajęć. Pra­ca wykła­dow­cy nie powin­na wyglą­dać tak: Przy­sze­dłem, poga­da­łem, wysze­dłem. Powtó­rzy­łem do eme­ry­tu­ry. Nie! Wykła­dow­ca ma badać zain­te­re­so­wa­nie stu­den­tów, pró­bo­wać przy­kuć ich uwa­gę, spraw­dzać, ile zapa­mię­tu­ją z wykła­du, zaska­ki­wać ich nowy­mi pomy­sła­mi na pro­wa­dze­nie zajęć, na prze­ka­za­nie wie­dzy. Szko­lić się z wystą­pień publicz­nych i wciąż udo­sko­na­lać sku­tecz­ność prze­ka­zy­wa­nia wie­dzy pod­czas zajęć. To pierw­szy krok do pod­nie­sie­nia pozio­mu naucza­nia.

 

 

Waż­na jest też pra­ca stu­den­tów i otwar­ty kon­takt mię­dzy nimi a wykła­dow­ca­mi. Cią­gły feed back, sygna­li­zo­wa­nie swo­ich potrzeb, spo­strze­żeń. Zacie­ka­wio­ny stu­dent, któ­ry nie uczy się po nocach do kolej­nej “zapchaj dziu­ry”, ma czas na pogłę­bia­nie swo­ich zain­te­re­so­wań i roz­wi­nię­cie ich do wyso­kie­go pozio­mu. Tak, żeby po ukoń­czo­nych stu­diach moż­na było powie­dzieć, że te umie­jęt­no­ści fak­tycz­nie są na wyso­kim pozio­mie.

 

 

Nie znam spe­cy­fi­ki wszyst­kich kie­run­ków w Pol­sce, ale jed­nak wiem jak to wyglą­da w więk­szo­ści przy­pad­ków. Jeże­li jesteś na kie­run­ku, któ­re­go poziom fak­tycz­nie mógł­by się zmie­nić po zmniej­sze­niu licz­by stu­den­tów, to daj znać, cie­ka­wa jestem, co to za kie­ru­nek. Gene­ral­nie uwa­żam, że nie o ilość stu­den­tów tu cho­dzi.


 

 

Bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że po zmia­nie spo­so­bu przy­zna­wa­nia dota­cji dla szkół wyż­szych wie­le uczel­ni zmniej­szy ilość przy­ję­tych stu­den­tów. Miej­my jed­nak nadzie­ję, że duża część zde­cy­du­je się na zwięk­sze­nie licz­by pra­cow­ni­ków, a dys­ku­sja o pozio­mie naucza­nia odbę­dzie się na zupeł­nie innym polu. Nie na polu finan­so­wym. Nie dys­ku­tuj­my o ilo­ści stu­den­tów, a o jako­ści naucza­nia czy­li samej meto­dy­ce sto­so­wa­nej pod­czas zajęć oraz o udo­sko­na­le­niach pro­gra­mu stu­diów. Tyl­ko to może pod­wyż­szyć poziom wykształ­ce­nia stu­den­tów w Pol­sce.

 

 

PS Jak zwy­kle wiel­kie podzię­ko­wa­nia dla gru­py: Stu­den­ci — Gru­pa Wspar­cia za inspi­ra­cję do napi­sa­nia tek­stu.

Do następ­ne­go czy­ta­nia!

Ania

Hej! To waż­ny temat. Polub na FB, żeby wię­cej osób mogło to prze­czy­tać. A prze­czy­ta jesz­cze wię­cej, gdy udo­stęp­nisz!

  • Cri­spy

    Post powstał już jakiś czas temu, ale cięż­ko powstrzy­mać mi się przed sko­men­to­wa­niem tego, bo aku­rat na moim kie­run­ku jest aż 16 osób ;) I mi bar­dzo przy­jem­nie pra­cu­je się w takim skła­dzie. Tyl­ko, że spe­cy­fi­ka moich stu­diów jest nie­co inna niż to zazwy­czaj bywa, bo stu­diu­ję na ASP i tak na praw­dę tyl­ko jed­ne zaję­cia mamy w dokład­nie takim skła­dzie. Jed­nak na wykła­dach, gdzie jest nas mniej pyta­nia do wykła­dow­cy fak­tycz­nie czę­ściej się poja­wia­ją, choć może więk­szy wpływ ma na to spo­sób pro­wa­dze­nia tych zajęć.
    I fak­tycz­nie z jed­nej stro­ny im wię­cej stu­den­tów, tym wię­cej głów z któ­ry­mi moż­na wymie­nić opi­nie czy popro­sić o radę. To kie­dy czło­wiek nie może zna­leźć już sobie wol­nej szta­lu­gi, a pro­fe­sor nie ma cza­su podejść do wszyst­kich obec­nych, to, to już tro­chę prze­szka­dza.

    Oso­bi­ście bar­dzo lubię kame­ral­ność mojej uczel­ni, to że jestem w sta­nie poznać dość spo­rą ich część. Atmos­fe­ra jest zupeł­nie inna ;) Choć może to wyni­kać po pro­stu ze spe­cy­fi­ki moich stu­diów…

  • Kaś

    Nie wiem czy ktoś już doda­wał, ale na uczel­niach medycz­nych nikt nie skra­cał stu­diów kil­ka lat temu. Jedy­ne co to była zmia­na zdej­mu­jąc staż pody­plo­mo­wy, ale on już w zakres stu­diów nie wcho­dzi.

    I na tych kie­run­kach zmniej­sze­nie liczy stu­den­tów dało­by efekt, bo zaję­cia są głów­nie kli­nicz­ne, z pacjen­ta­mi, i jest ogrom­na róż­ni­ca gdy jest z asy­sten­tem 6–8 osób, a znacz­nie ina­czej gdy są 2–3 oso­by. Ilość ma zna­cze­nie.

  • Mega dobra reflek­sja! ;*

  • Anna

    Wykła­dow­ca czy­ta­ją­cy na wykła­dzie swo­je slaj­dy? 80% wykła­dów na moim kie­run­ku tak wyglą­da.
    Nie mówiąc już o pro­wa­dzą­cym, któ­re­mu nie chcia­ło się nawet czy­tać tych slaj­dów prze­pi­sa­nych żyw­cem z jed­nej książ­ki, więc kazał czy­tać na głos slaj­dy wszyst­kim stu­den­tom po kolei.

  • Ola

    Ale jeśli na medycz­nych ogra­ni­czy się ilość stu­den­tów to polep­szy to jakość nauki. Duże gru­py są już pro­ble­mem na ćwi­cze­niach np. na ana­to­mii gdy cza­sem trze­ba się pchać żeby zoba­czyć pre­pa­rat, a co dopie­ro na kli­ni­kach. Duże gru­py stu­den­tów robią zamie­sza­nie na oddzia­le, a do tego nie­wie­le pacjen­tów jest chęt­nych by dać się zba­dać.

    • Oo! Dzię­ku­ję za ten komen­tarz. Czy­li na medy­cy­nie przy­da­ły­by się po pro­stu mniej­sze gru­py i wię­cej pra­cow­ni­ków. Bo prze­cież trą­bi się o tym, że mamy za mało leka­rzy. Zmniej­sze­nie licz­by stu­den­tów tego sta­nu nie popra­wi, ale zwięk­sze­nie ilo­ści pra­cow­ni­ków i stwo­rze­nie mniej­szych grup już tak. :)

      • Ola

        Tak, licz­ba osób tu nie będzie mia­ła takie­go zna­cze­nia jeśli gru­py będą małe. Przez duży nabór na pierw­szy rok zmie­ni­li nam gru­py z 20 oso­bo­wych na ok 25. Oczy­wi­ście ćwi­cze­nia mamy w sek­cjach, ale też są więk­sze niż kie­dyś. Nie mówię żeby przyj­mo­wać mniej stu­den­tów, ale mniej­sza ilość stu­den­tów na asy­sten­ta to dobre roz­wią­za­nie. I tak jak pisa­łam wyżej pro­blem licz­by leka­rzy leży wyżej, raczej na eta­pie spe­cja­li­za­cji a nie stu­diów

  • Jestem obec­nie na stu­diach magi­ster­skich, a poprzed­nio też stu­dio­wa­łam filo­lo­gię. Na pierw­szym kie­run­ku było u nas (po pierw­szym roku) 12 osób, a teraz na magi­ster­ce jest nas 16. I owszem, JUŻ stra­szą nas nowym algo­ryt­mem, mówią, że mamy się przy­ło­żyć, bo w przy­szłym roku nie będzie nam tak łatwo zdać. Jest to ogrom­ny para­doks, bo mówią, że stu­den­tów bra­ku­je, i że uczel­nie się zamy­ka­ją z tego powo­du, a jak już ludzie chcą stu­dio­wać, to stra­szą ich, że się ich pozbę­dą. Ale nie­ste­ty, może taki urok nasze­go kra­ju :<

    • Po pro­stu nie wie­rzę, że moż­na coś takie­go powie­dzieć stu­den­tom! :/ To bar­dzo aro­ganc­kie…
      Mam nadzie­ję, że tyl­ko na stra­sze­niu się skoń­czy. :*

  • Stu­dia są obec­nie maso­we — i tak, odbi­ja się to na jako­ści kształ­ce­nia. Pri­mo, przyj­mo­wa­nie wszyst­kich jak leci spra­wia, że nie moż­na usta­lić wspól­ne­go punk­tu wyj­ścia i wyma­gać rze­czy, któ­re w teo­rii był w szko­le śred­niej. Nor­mą są zaję­cia wyrów­naw­cze, cza­sa­mi nawet ofi­cjal­nie uję­te w pro­gra­mie i doty­czą­ce napraw­dę ele­men­tar­nych kwe­stii. Secun­do, gru­py są prze­peł­nio­ne oso­ba­mi, któ­re nie mają poję­cia, co robią na danym kie­run­ku. Nie raz w całej gru­pie nikt nie potra­fił mi odpo­wie­dzieć na pyta­nie, dla­cze­go aku­rat te stu­dia. I takie nie­za­in­te­re­so­wa­ne, nic nie robią­ce oso­by spra­wia­ją, że nie da się nor­mal­nie pra­co­wać i pro­ce­do­wać z mate­ria­łem. Na tym tra­cą jed­nost­ki auten­tycz­nie zain­te­re­so­wa­ne. Wykła­dow­ca poświę­ca swój czas, rów­nież na nie­zli­czo­ne podej­ścia do zali­cze­nia, a i tak wia­do­mo, że na koń­cu trze­ba wszyst­kich “jakoś” prze­pchnąć. To się wtór­nie odbi­ja na pozio­mie samej kadry, bo raz, że mamy kiep­skie i wtór­ne stu­dia dok­to­ranc­kie (powo­li się deza­wu­ują tak, jak magi­ste­ria), a dwa, skan­da­licz­nie nisko opła­ca­ni wykła­dow­cy są dodat­ko­wo zde­mo­ty­wo­wa­ni bra­kiem sen­su i per­spek­tyw pra­cy dydak­tycz­nej. Pew­nie, wszy­scy powin­ni­śmy być edu­ka­cyj­ny­mi judy­ma­mi i spa­lać się dla przy­szłych poko­leń… Ale potem trze­ba czymś nakar­mić domo­we przy­szłe poko­le­nie i dodat­ko­wa pra­ca oka­zu­je się koniecz­no­ścią. A na samym koń­cu na tym wszyst­kim cier­pi poziom samej nauki. Zate tak — maso­wość stu­diów jest zła. Uni­wer­sy­tet to nie maszyn­ka do pro­duk­cji magi­strów, tyl­ko miej­sca upra­wia­nia nauki. Miej­sce przede wszyst­kim nauko­we, a dopie­ro potem dydak­tycz­ne — o czym obec­nie coraz czę­ściej się zapo­mi­na.

    • Edzia

      W tym komen­ta­rzu lepiej uję­łaś to, co ja pró­bo­wa­łam napi­sać we wcze­śniej­szym, bo dokład­nie o te dodat­ko­we pra­ce mi cho­dzi­ło :)

      • Tam odpo­wie­dzia­łam wcze­śniej, ale grunt, że się rozu­mie­my. :)

    • Trze­ba by zacząć od tego, czy maso­wość stu­diów jest zła? Ja patrzę na to dość glo­bal­nie. Pań­stwa wyso­ko­ro­zwi­nię­te cha­rak­te­ry­zu­ją się mię­dzy inny­mi wyso­kim pozio­mem wykształ­ce­nia swo­ich oby­wa­te­li. W takich pań­stwach czę­sto zawo­dy fizycz­ne są przej­mo­wa­ne przez oso­by przy­jezd­ne. Typo­wa dele­ga­cja pra­cy, któ­ra odby­wa się też w dużych fir­mach jest prze­nie­sio­na jak­by na warun­ki całe­go kra­ju. W naszym kra­ju stu­dia mogły­by nie być “maso­we” ale nie żyje­my w sepa­ra­cji od resz­ty świa­ta i wyda­je mi się, że nie było­by to spra­wie­dli­we wzglę­dem innych kra­jów, gdzie czę­sto nawet, jeśli stu­dia są płat­ne, łatwiej jest je zro­bić niż u nas.

      Co do wyrów­ny­wa­nia pozio­mów mam zupeł­nie odmien­ne zda­nie. Ja nie spo­tka­łam się z niczym takim na moich stu­diach. Z maili, któ­re wymie­ni­łam z wie­lo­ma czy­tel­ni­ka­mi rów­nież to nie wyni­ka. To ja musia­łam cią­gnąć do góry moje umie­jęt­no­ści. Roz­wi­jać się jak naj­szyb­ciej, żeby dorów­nać ocze­ki­wa­niom uczel­ni. I wie­lu moich czy­tel­ni­ków opo­wie­dzia­ło mi podob­ne histo­rie.

      Moim zda­niem matu­ra nie jest odpo­wied­nio obiek­tyw­na, żeby na jej pod­sta­wie decy­do­wać o czy­imś życiu. Są stu­den­ci, któ­rzy wygry­wa­li kon­kur­sy w liceum, któ­rych prze­ga­nia­ją stu­den­ci, któ­rzy wcze­śniej nie byli tak zdol­ni. Stu­dia bar­dzo dużo zmie­nia­ją. A co do wybo­ru kie­run­ku stu­diów, to mówią, że jak nie spró­bu­jesz, to się nie dowiesz. Lepiej może oble­cieć 3 kie­run­ki i zna­leźć ten, ide­al­nie dopa­so­wa­ny do zain­te­re­so­wań, niż trzy­mać się jed­ne­go dla bez­pie­czeń­stwa. To praw­da, że mamy też stu­den­tów takich, jakich Ty opi­su­jesz. Nie­wie­dzą­cych co ze sobą zro­bić, ale chy­ba nie ma takiej sfe­ry w życiu, któ­ra była­by ide­al­na i każ­dy ruch ma swo­je wady. Moim zda­niem jed­nak wykształ­co­ny naród jest tego wart. :)

      • Poziom wykształ­ce­nia” to poję­cie, któ­re de fac­to nic nie mówi. To co naj­wy­żej sta­ty­sty­ka zdo­by­tych dyplo­mów. Nie wie­my jed­nak, czy Ci ludzie fak­tycz­nie są “wykształ­ce­ni”, czy są tyl­ko “fachi­dio­ten”. A nie ma takiej moż­li­wo­ści, żeby więk­szość spo­łe­czeń­stwa była pre­de­sty­no­wa­na do edu­ka­cji wyż­szej. Umie­jęt­no­ści i zdol­no­ści potrzeb­ne do tegoż po pro­stu nie są dane wszyst­kim, podob­nie jak te koniecz­ne do pra­cy rze­mieśl­ni­czej czy fizycz­nej. I ta róż­no­rod­ność jest potrzeb­na, a nie robie­nie ze wszyst­kich magi­strów.

        Co do pozio­mów — sądzę, że i Ty i Twoi czy­tel­ni­cy to przy­kła­dy stu­den­tów zaan­ga­żo­wa­nych, zain­te­re­so­wa­nych, pra­co­wi­tych. To pew­na eli­ta stu­denc­ka, ci sami, któ­rym chce się dzia­łać spo­łecz­nie czy nauko­wo, któ­rzy orga­ni­zu­ją wyda­rze­nia czy kon­fe­ren­cje. Oczy­wi­ście, że z nimi fan­ta­stycz­nie się pra­cu­je. Nie­mniej dru­ga stro­na to stu­den­ci filo­lo­gii (takiej czy innej) nie­zna­ją­cy epok lite­rac­kich, polo­ni­ści bez wie­dzy o poczcie kró­lów pol­skich czy też zaję­cia zwa­ne “repe­ty­to­rium” na jed­nym z czo­ło­wych wydzia­łów mate­ma­ty­ki w Pol­sce. To pra­ce rocz­ne i dyplo­mo­we, któ­re nie dość, że ordy­nar­nie zerżnię­te z inter­ne­tu, to jesz­cze odda­ne w for­mie urą­ga­ją­cej wszel­kim zasa­dom redak­cji i skła­du tek­stu. To stu­den­ci piszą­cy po raz pią­ty dokład­nie to samo zali­cze­nie bez jakie­go­kol­wiek rezul­ta­tu.

        Pra­ca dydak­tycz­na jest jed­no­cze­śnie wspa­nia­ła i fru­stru­ją­ca. I tu nie ma reguł: bar­dzo wie­le zale­ży od gru­py (a gru­pa zale­ży czę­sto od sil­nych jed­no­stek, któ­re wpły­ną na zacho­wa­nie cało­ści). Ten sam przed­miot rok po roku może być źró­dłem roz­ko­szy dydak­tycz­nej i męki. Ale żeby nie było wąt­pli­wo­ści — w dużej mie­rze to nie jest wina tych ludzi. Sys­tem edu­ka­cji jest wadli­wy od same­go począt­ku, wspo­mnia­ne przez Cie­bie wady matu­ry to tyl­ko mała część tego. Stu­den­ci nie są win­ni ani tego, że cze­goś nie zosta­li wła­ści­wie naucze­ni, ani nawet tego, że nie powin­ni byli się na tych stu­diach zna­leźć (moż­li­we, że ktoś daw­no temu zmar­no­wał ich poten­cjał i to jest dopie­ro strasz­ne).

        Wędro­wa­nie po wie­lu kie­run­kach jest moc­no dys­ku­syj­ne. Nie mówię o np. robie­niu dwóch (to zazwy­czaj świet­ni ludzie), ale o zaczy­na­niu milio­na. Ale nie chcę tu wcho­dzić w kolej­ną pole­mi­kę — może to temat na kolej­ny wpis?

        I jesz­cze ten “wykształ­co­ny naród” z ostat­nie­go zda­nia. Moim zda­niem nie dąży­my do wykształ­co­ne­go naro­du. Dąży­my do naro­du magi­strów, ale w świe­cie, w któ­rym to magi­ste­rium coraz mniej zna­czy, a któ­rym ludzie mimo “papier­ków” nie potra­fią czy­tać ze zro­zu­mie­niem umo­wy lub poli­czyć pro­cen­tu skła­da­ne­go.

        A poza wszyst­kim, bar­dzo się cie­szę, że poru­szasz taką tema­ty­kę na blo­gu, że roz­sze­rzasz, nie tyl­ko o tech­ni­ki ucze­nia (któ­re są super) i róż­ne war­to­ści stu­dio­wa­nia, ale o reflek­sję nad samym zja­wi­skiem.

        • A ja się cie­szę, że mam taką oso­bę do roz­mo­wy. :) W sumie dałaś mi do myśle­nia, czy w moim przy­pad­ku to nie jest tak, że ja po pro­stu ota­czam się ludź­mi, któ­rzy mają wyż­sze aspi­ra­cje i na tej pod­sta­wie budu­ję swo­je zda­nie. W sumie to każ­dy tak robi. :) Zasta­na­wiam się tyl­ko, czy ten świat filo­lo­gów, któ­rzy nie zna­ją epok, sko­pio­wa­nych prac magi­ster­skich itp. jest całym “świa­tem”, czy są to poje­dyn­cze przy­pad­ki. Dla mnie raczej to dru­gie. Ale zno­wu, może to tyl­ko mój punkt widze­nia spo­wo­do­wa­ny moim oto­cze­niem? Robi się filo­zo­ficz­nie i tak sobie myślę, że przed wpro­wa­dze­niem zmian w licz­bie przyj­mo­wa­nych stu­den­tów przy­da­ły­by się kon­kret­ne bada­nia na temat tego, jak stu­den­ci wyko­rzy­stu­ją umie­jęt­no­ści zdo­by­te pod­czas stu­diów w dal­szym życiu. I nie mam tu na myśli tyl­ko tego, czy pra­cu­ją w zawo­dzie, bo wiem, że takie bada­nia na absol­wen­tach są prze­pro­wa­dza­ne.

          Co do tego, że nie wszy­scy nada­ją się na stu­dia, to myślę, że jeże­li ktoś chce i ma w sobie tę praw­dzi­wą cie­ka­wość świa­ta, to jak naj­bar­dziej się nada­je. Oczy­wi­ście tyl­ko, jeże­li ta chęć wycho­dzi z nie­go, a nie jest spo­wo­do­wa­na oto­cze­niem. Wła­śnie coś w sty­lu “chcę mieć papie­rek”.

          Co do Fachi­dio­ten, fak­tycz­nie cięż­ko jest spraw­dzić, kto jest rze­czy­wi­ście wykształ­co­ny, ale moim zda­niem nie jest moż­li­wym, żeby czło­wiek przez 5 lat się w ogó­le nie roz­wi­nął inte­lek­tu­al­nie. A Fachi­dio­ten mamy też wśród pro­fe­so­rów, więc tym bar­dziej nie powin­ni­śmy oce­niać magi­strów. :)

          • Dokład­nie, masz rację! Ota­cza­my się ludź­mi podob­ny­mi i nie­świa­do­mie igno­ru­je­my resz­tę świa­ta. Oczy­wi­ście nie umiem powie­dzieć, cze­go jest wię­cej. Wia­do­mo też, że łatwiej zapa­mię­tu­je­my nega­ty­wy, więc mnie z karie­ry peda­go­gicz­nej skraj­ne przy­pad­ki zosta­ją w pamię­ci. Choć całe gru­py oble­wa­ją­ce albo nie­czy­ta­ją­ce lek­tur już o czymś świad­czą…

            Zmia­ny wyma­ga cały sys­tem edu­ka­cji. I zga­dzam się z Tobą, że uczel­nia wyż­sza to nie zawo­dów­ka. Sama skoń­czy­łam dwa kie­run­ki, robię jeden dok­to­rat, a póki co pra­cu­ję w czymś led­wo pokrew­nym (i zmie­rza­ją­cym w odle­głą stro­nę). Czy to źle? Nie! Stu­dia mnie roz­wi­nę­ły, a wie­le potrzeb­nych mi teraz kom­pe­ten­cji zdo­by­łam dzię­ki stu­diom, ale nie stric­te na zaję­ciach. Sam roz­wój inte­lek­tu­al­ny też jest waż­ny, dla mnie jest war­to­ścią samą w sobie. Oczy­wi­ście nie wyma­ga on stu­diów, znam mnó­stwo oby­tych, oczy­ta­nych ludzi bez wyż­sze­go wykształ­ce­nia. U mnie się tak poto­czy­ło i jestem zado­wo­lo­na, ale nie uwa­żam, że każ­dy powi­nien stu­dio­wać (faj­nie o tym pisa­ła Life­ma­na­ger­ka).

            • Ja ma odwrot­nie. Z łatwo­ścią zapo­mi­nam o nega­ty­wach. :D Wolę nie pamię­tać. :D
              Tak, czy­ta­łam u Agniesz­ki jej zda­nie na ten temat. :) Dla mnie nie jest tak, że każ­dy powi­nien. Ale jeże­li chce, to powi­nien dostać taką moż­li­wość. (Chce tak, jak to opi­sa­łam wcze­śniej, czy­li tak napraw­dę on chce, a nie że to kwe­stia naci­sku spo­łe­czeń­stwa lub być albo nie być na ryn­ku pra­cy.)

  • Nie roz­wa­ży­łaś jed­ne­go fak­tu — jeże­li będą przyj­mo­wać mniej stu­den­tów, na dane kie­run­ki dosta­ną się oso­by napraw­dę zdol­ne, zain­te­re­so­wa­ne i ogar­nię­te w tema­cie. A nie ci, co nie wie­dzą co ze sobą zro­bić albo chcą dłu­żej dosta­wać ali­men­ty i inne ptasz­ki tego rodza­ju. Na polo­ni­sty­ce jest to bole­śnie widocz­ne — u mnie przy­ję­li ze 150 osób, bez żad­nych wymo­gów, tak napraw­dę nie opła­ca­ło się nawet uczyć do matu­ry, bo by przy­ję­li za oddy­cha­nie. I potem takie oso­by zani­ża­ją ci ogól­ny poziom gru­py.

    • U mnie na pierw­szym roku też przy­ję­li dużo ludzi, ale ci któ­rzy się nie nada­wa­li odpa­dli. Ale było spo­ro osób, któ­re wg nowe­go algo­ryt­mu nie zosta­ły­by przy­ję­te, a teraz są świet­ny­mi stu­den­ta­mi. Może war­to dać szan­sę tym ludziom, któ­rym tak napraw­dę tyl­ko z powo­du jed­ne­go egza­mi­nu powi­nę­ła się noga? Matu­ra poka­zu­je jak potra­fisz wypeł­niać egza­mi­ny, a nie jak potra­fisz się roz­wi­jać. Tak napraw­dę o pre­dys­po­zy­cjach stu­den­ta moż­na się prze­ko­nać dopie­ro, gdy ma się go w sali.
      Tak jak pisa­łam u ans takie oso­by odpa­dły, a raczej ode­szły z wła­snej woli. A jak u Cie­bie prze­ja­wia­ło się zani­ża­nie pozio­mu?

      • U nas trud­no odpaść, bo jest sesja cią­gła — nie wiem jak z sesją na koniec roku, jesz­cze zoba­czę. Ogól­nie mówiąc — widać, komu nie zale­ży. Ludzie zwal­nia­ją moc­no pra­cę gru­py ole­wa­jąc zada­ne książ­ki, nie przy­cho­dzą na egza­mi­ny, trud­niej­sze tema­ty trze­ba powta­rzać nie­któ­rym w nie­skoń­czo­ność. Cza­sa­mi mam wra­że­nie że są na tej uczel­ni za karę i aż przy­kro słu­chać jak ktoś narze­ka, że zno­wu musi czy­tać książ­ki albo iść do biblio­te­ki.
        Z tego co mówią star­si to potem odpa­da wię­cej osób, ale przez pierw­szy rok się trze­ba prze­mę­czyć.
        Matu­ra — nie zawy­żaj­my jej trud­no­ści. Język pol­ski aku­rat jest pro­sty. Zawsze moż­na robić olim­pia­dę. Zawsze moż­na popra­wiać matu­rę. Jakoś ludzie, któ­rzy nie dosta­ją się na medy­cy­nę popra­wia­ją matu­ry bez szem­ra­nia. Mówię głów­nie o mojej dział­ce — nie wiem, jak jest na poli­tech­ni­kach czy uczel­niach ści­słych. Ale zna­jo­ma na UJ, na podob­nym pro­fi­lu co ja ma 40 osób na roku i nie ma tra­ge­dii.
        Ogól­nie — jestem za tym, by żeby dostać się na stu­dia trze­ba było się tro­chę pomę­czyć, a nie zdać wszyst­kie matu­ry na 30%. Mój kie­ru­nek mnie pod tym wzglę­dem roz­cza­ro­wał, stąd też całe krę­ce­nie nosem.

  • Moja pierw­sza myśl jest taka: prze­cież bra­ku­je leka­rzy.
    Dru­ga: prze­cież w szko­le wisi pla­kat oznaj­mia­ją­cy wszem i wobec, że za parę lat w Pol­sce będzie bra­ko­wać ogrom­nej licz­by spe­cja­li­stów w bran­ży IT.

    Zmniej­sze­nie licz­by stu­den­tów nie roz­wią­że żad­ne­go z tych pro­ble­mów.

    • A listy przy­jęć na medy­cy­nę i tak są bar­dzo cia­sne. :) Nie mam poję­cia o co z tym cho­dzi, ale edu­ka­cja to naj­gor­sze miej­sce na oszczęd­no­ści!

      • Ola

        Miejsc na medy­cy­nę jest dużo i co roku wię­cej, tyl­ko że potem nie ma tyle rezy­den­tur, zarob­ki mło­dych leka­rzy są niskie więc wyjeż­dża­ją

        • Mar­cin

          U mnie w mie­ście nawet otwar­li wydział lekar­ski na 60 kan­dy­da­tów :D

  • Ola

    Co praw­da jestem już po stu­diach, ale wypo­wiem się, bo temat jest mi dość bli­ski. Uwa­żam, że zmniej­sze­nie licz­by stu­den­tów to cał­kiem dobry ruch — głów­nie ze wzglę­du na to, że cza­sa­mi zaję­cia na uczel­niach to jakiś żart (tak jak pisa­łaś, czy­ta­nie nota­tek na głos to kiep­ski wykład). Przy mniej­szej licz­bie stu­den­tów uczel­nie w jakiś spo­sób musia­ły­by ogra­ni­czyć licz­bę pra­cow­ni­ków i mam nadzie­ję, że pole­cie­li­by wła­śnie ci, któ­rzy nie speł­nia­ją swo­ich dydak­tycz­nych obo­wiąz­ków. Oprócz tego wyda­je mi się, że nie wszy­scy powin­ni stu­dio­wać (i nie cho­dzi mi o to, że stu­dia dla elit, tyl­ko o to, że więk­szość idzie na stu­dia tyl­ko dla papier­ka) O wie­le pro­ściej było­by gdy­by spo­łe­czeń­stwo aż tak nie wyma­ga­ło ukoń­czo­nych stu­diów od każ­de­go. Prze­cież poza kil­ko­ma kie­run­ka­mi (jak np. medy­cy­na) wie­dza naby­ta pod­czas stu­diów pra­wie wca­le się nie przy­da­je! Napraw­dę mało jest super spe­cja­li­stycz­nych sta­no­wisk pra­cy, przez co siłą rze­czy spo­ro ludzi będzie pra­co­wać przy czymś nie do koń­ca zwią­za­nym z ich kie­run­kiem stu­diów.

    Z dru­giej stro­ny mój kie­ru­nek może być przy­kła­dem na to, że mniej­sza licz­ba stu­den­tów nie jest zła. Jak roz­po­czy­na­łam stu­dia (kie­ru­nek infor­ma­ty­ka) było nas oko­ło 300, po pierw­szym seme­strze i zde­rze­niu z mate­ma­ty­ką odpa­dła pra­wie poło­wa. Z każ­dym kolej­nym seme­strem zaję­cia wyda­wa­ły się lep­sze, bo zosta­wa­li tyl­ko stu­den­ci zain­te­re­so­wa­ni tema­tem i zmo­ty­wo­wa­ni do pra­cy — dzię­ki temu mogli­śmy nauczyć się wię­cej. Kie­dy odpa­dli ci, któ­rzy zna­leź­li się na kie­run­ku “przy­pad­kiem” nagle oka­za­ło się, że wykła­dow­cy trak­to­wa­li nas jak rów­nych sobie i zaję­cia czę­sto prze­kształ­ca­ły się w dys­ku­sję (w prze­ci­wień­stwie do odpy­ty­wa­nia na pierw­szym roku). Wresz­cie na stu­diach magi­ster­skich, gdzie doto­czy­ło się oko­ło 30 osób stu­dia zro­bi­ły się napraw­dę przy­jem­ne (i to nie dla­te­go, że zna­li­śmy się od paru lat, bo przez róż­ne pla­ny zajęć z nie­któ­ry­mi oso­ba­mi z moje­go rocz­ni­ka roz­ma­wia­łam po raz pierw­szy na ostat­nim roku) — atmos­fe­ra na zaję­ciach była nie­mal rodzin­na i naresz­cie nikt nie pró­bo­wał oszu­ki­wać, żeby zali­czyć przed­miot (ludziom zale­ża­ło na tym, żeby się nauczyć, a nie na tym, żeby zdać).

    Przy tym wszyst­kim zda­ję sobie spra­wę, że pew­nie nie na wszyst­kich kie­run­kach tak to wyglą­da (mia­łam to szczę­ście, że więk­szość pro­wa­dzą­cych była napraw­dę świet­na) i tro­chę mi smut­no, jak czy­tam, że nie wszy­scy są zado­wo­le­ni ze swo­ich stu­diów. Ale to utrzy­mu­je mnie tyl­ko w prze­ko­na­niu, że część uczel­ni jest zde­ge­ne­ro­wa­na i być może zmniej­sze­nie licz­by stu­den­tów mogło­by w tym pomóc.

    • No wła­śnie nie będzie tak, że obni­żą licz­bę pra­cow­ni­ków. Teraz na jed­ne­go stu­den­ta na więk­szo­ści uczel­ni przy­pa­da wię­cej niż 13 stu­den­tów, więc logicz­ne jest, że pole­cą stu­den­ci, nie pra­cow­ni­cy. Oni zostaną.Myślisz, że Ci sta­rzy wyja­da­cze, zwy­kle wyso­ko posta­wie­ni zosta­ną wyrzu­ce­ni? ;)

      Kolej­na spra­wa jest taka, że stu­dia nie są tyl­ko po to, żeby dać zawód. Mają szer­szą funk­cję tak­że spo­łecz­ną. Stu­dia uczą też umie­jęt­no­ści, któ­re ludzie wyko­rzy­stu­ją przez całe swo­je życie, nawet jeże­li nie korzy­sta­ją bez­po­śred­nio z wie­dzy naucza­nej w trak­cie stu­diów.

      Myślę, że Twój przy­kład z 300 oso­ba­mi jest aku­rat świet­nym dowo­dem na to, że war­to przyj­mo­wać wie­lu stu­den­tów. Niech się prze­ko­na­ją czy to dla nich. Tyl­ko testu­jąc coś na wła­snej skó­rze dowie­my się, czy to dla nas. Wyobraź sobie tych 270 sfru­stro­wa­nych ludzi, któ­rzy nie dosta­li­by się na infor­ma­ty­kę. To napraw­dę mogło­by źle wpły­nąć na ich życie. A czym jest matu­ra, żeby osą­dzać o całym czy­imś życiu? Ten jeden dzień, kie­dy jesteś jesz­cze dzie­cia­kiem, hor­mo­ny w Tobie buzu­ją, a stres się­ga zeni­tu ma wpły­wać na całe Two­je życie? :)

      • Ola

        Przy zało­że­niu “zostaw­my wszyst­kich pra­cow­ni­ków dydak­tycz­no-nauko­wych i przyj­muj­my tyle stu­den­tów, ile będzie się opła­cać” to fak­tycz­nie nie­wie­le się zmie­ni jeśli cho­dzi o poziom pro­wa­dze­nia zajęć (cho­ciaż to wca­le nie musi być tak, że to ci wyso­ko posta­wie­ni pra­cow­ni­cy są tymi zły­mi; tym bar­dziej że może się oka­zać, że w związ­ku ze zmniej­sze­niem licz­by stu­den­tów nie­któ­rzy pro­wa­dzą­cy porzu­ci­li­by dydak­ty­kę i odda­li się bada­niom nauko­wym).

        Moim zda­niem stu­dia uczą (albo powin­ny uczyć) samo­dziel­ne­go zgłę­bia­nia wie­dzy i dać pod­sta­wy do dal­szej pra­cy nauko­wej; uwa­żam, że to nie jest wie­dza nie­zbęd­na dla każ­de­go. Co wię­cej, wyda­je mi się, że dla spo­rej licz­by osób stu­dia są dość męczą­ce i bez żad­nych wymier­nych wyni­ków. Teo­re­tycz­nie stu­dia uczą też samo­dziel­no­ści, ale prze­cież pój­ście do pra­cy o wie­le bar­dziej uczy tej samo­dziel­no­ści (cza­sa­mi wystar­czy po pro­stu wypro­wa­dzić się od rodzi­ców).

        Och, z per­spek­ty­wy oso­by, któ­ra nie jest pew­na, czy (i co) chce stu­dio­wać, a jedy­nie widzi, że spo­łe­czeń­stwo na to nale­ga (“bab­cia mówi, że bez stu­diów to nie ma pra­cy!”), zde­cy­do­wa­nie war­to pozo­stać przy więk­szych nabo­rach. Bo dzię­ki temu taka oso­ba może sobie pójść, spró­bo­wać, nie przej­mo­wać się jeśli aku­rat nie przy­ło­ży się do zajęć, bo prze­cież zawsze może spró­bo­wać raz jesz­cze. Z mojej per­spek­ty­wy te 150 osób, któ­re odpa­dły nie­mal od razu, dość sku­tecz­nie obni­ża­ły poziom zajęć, spo­wal­nia­ły gru­pę, a cza­sem nawet psu­ły atmos­fe­rę (mając pre­ten­sje do pro­wa­dzą­cych, że zada­ją zada­nia domo­we i wyma­ga­ją wie­dzy z tema­tów, któ­re wyraź­nie ich nie obcho­dzi­ły). A prze­cież zamiast od razu zapi­sy­wać się na pierw­sze lep­sze stu­dia moż­na było przyjść na jakiś wykład w cha­rak­te­rze wol­ne­go słu­cha­cza — to dość dobrze mogło­by ich prze­ko­nać, czy na pew­no chcą stu­dio­wać (i czy na pew­no na tym wydzia­le).

        I to chy­ba nie do koń­ca jest tak, że matu­ra zawa­ża na czy­imś całym życiu — prze­cież nie dosta­nie się na jeden (nawet naj­bar­dziej wyma­rzo­ny) kie­ru­nek to nie koniec świa­ta. A matu­rę zawsze moż­na powtó­rzyć. Albo zre­wi­do­wać swo­je poglą­dy na życie i wybrać inny kie­ru­nek stu­diów / pójść do pra­cy. Prze­cież to tak jak­by powie­dzieć, że miejsc na stu­dia dok­to­ranc­kie powin­no być wię­cej, bo prze­cież odrzu­ce­nie źle wpły­nie na życie kan­dy­da­tów.

  • Edzia

    Moja pierw­sza myśl była taka, że na moim wydzia­le już zaczę­li zmniej­szać licz­bę stu­den­tów przez zmie­nie­nie (z dnia na dzień!!) zasad przy­zna­wa­nia urlo­pów dzie­kań­skich. Ale odwo­łu­jąc się bar­dziej do tema­tu, myślę, że trze­ba na to też spoj­rzeć z dru­giej stro­ny. U mnie na uczel­ni (stu­diu­ję na poli­tech­ni­ce) zde­cy­do­wa­na więk­szość kadry to pra­cow­ni­cy nauko­wo-dydak­tycz­ni, któ­rzy poza naucza­niem mają też swo­ją pra­cę nauko­wą, któ­ra jest dla nich zde­cy­do­wa­nie waż­niej­sza nie tyl­ko z powo­du zain­te­re­so­wań tema­tem, ale też z powo­du pie­nię­dzy. Pra­cow­ni­cy dydak­tycz­ni tak napraw­dę zara­bia­ją nie­wie­le ponad naj­niż­szą kra­jo­wą (w szcze­gól­no­ści dok­to­ran­ci). I gdy­by tak spoj­rzeć na takie­go powiedz­my wykła­dow­cę, któ­ry ma do wybo­ru pra­cę nad pro­jek­tem, któ­ry da mu napraw­dę duże pie­nią­dze lub przy­go­to­wa­nie porząd­ne­go wykła­du, to chy­ba nie ma wąt­pli­wo­ści, co wybie­rze ;) Jed­nak gdy­by wpro­wa­dzić jakieś wyma­ga­nia dla kadry dydak­tycz­nej i usu­wać tych mniej sku­tecz­nych czy mniej przy­go­to­wa­nych do zajęć, to mogło­by po pro­stu zabrak­nąć kadry, co z kolei spo­wo­do­wa­ło­by obni­że­nie licz­by stu­den­tów.
    Nie zro­zum mnie źle, moim marze­niem jest w peł­ni przy­go­to­wa­na i chęt­na do prze­ka­zy­wa­nia wie­dzy (prze­ka­zy­wa­nia wie­dzy, a nie tyl­ko jej spraw­dza­nia jak bywa w wie­lu przy­pad­kach!) kadra dydak­tycz­na, ale po pro­stu nie ma na to pie­nię­dzy. Oso­bi­ście uwa­żam, że naucza­nie jest bar­dzo trud­ne, bo poza wie­dzą na dany temat trze­ba też umieć taką wie­dzę prze­ka­zy­wać, dla­te­go nauczy­cie­le (i szkol­ni, i uczel­nia­ni) zde­cy­do­wa­nie powin­ni zara­biać wię­cej niż zara­bia­ją teraz.
    Jak zwy­kle, wszyst­ko roz­bi­ja się wokół pie­nię­dzy.
    Jesz­cze taka jed­na myśl. Kie­dyś na zaję­ciach roz­ma­wia­li­śmy z takim jed­nym dok­to­ran­tem, któ­ry pro­wa­dził labo­ra­to­ria do wykła­du. Wykład był pro­wa­dzo­ny strasz­nie, to zna­czy bar­dzo prze­sta­rza­le i nie­zro­zu­mia­le. Ten dok­to­rant powie­dział nam, że dok­tor pro­wa­dzą­cy wykład pro­wa­dzi go już 20 lat i od 20 lat ma te same pre­zen­ta­cje, bo po co zmie­niać, sko­ro są dobre. A nikt inny pro­wa­dzić tego wykła­du po pro­stu nie chce, bo to wykład dla pierw­sze­go roku, a wia­do­mo, lepiej pro­wa­dzi się zaję­cia star­szym rocz­ni­kom. Więc pew­nie te same pre­zen­ta­cje będą jesz­cze oglą­da­ne przez ludzi za 5, 10 lat. I zmniej­sze­nie licz­by stu­den­tów tego nie zmie­ni.

    • Dok­to­rant nie jest pra­cow­ni­kiem (poza szcze­gól­ny­mi przy­pad­ka­mi osob­ne­go zatrud­nie­nia na umo­wę zle­ce­nie). Ponad­to, dla pra­cow­ni­ków nor­mą jest etat nauko­wo-dydak­tycz­ny. Pra­cow­ni­cy tyl­ko dydak­tycz­nie to tzw. star­si wykła­dow­cy, któ­rzy wciąż ist­nie­ją, bo nadal żyją, ale nie ma obec­nie moż­li­wo­ści zosta­nia tako­wym. Nie reali­zu­jesz kolej­nych leve­li gry uni­wer­sy­tec­kiej — z tej gry wypa­dasz. Pra­ca nauko­wa to nie jest pogoń za pie­niędz­mi (któ­rych nie ma), tyl­ko nor­mal­na, wyma­ga­na pra­ca, któ­ra w dodat­ku powin­na być pod­sta­wą, jeśli o jakiej­kol­wiek nauko­wo­ści uni­wer­sy­te­tów chce­my jesz­cze roz­ma­wiać.

      • Edzia

        Moż­li­we, że się źle wyra­zi­łam, ale cho­dzi­ło mi o to, że pra­cow­ni­cy nauko­wi czę­sto dosta­ją róż­ne zle­ce­nia od firm, za któ­re dosta­ją zde­cy­do­wa­nie wię­cej pie­nię­dzy niż za samą pra­cę na uczel­ni. A za samą pra­cę na uczel­ni zbyt dużo nie dosta­ją, w związ­ku z czym trud­no się dzi­wić, gdzie usta­la­ją wyż­szy prio­ry­tet. Do tego oczy­wi­ście docho­dzą róż­ne­go rodza­ju bada­nia nauko­we, któ­re też są dla nich raczej waż­niej­sze niż naucza­nie.

        U mnie na wydzia­le jest co naj­mniej kil­ko­ro “wiecz­nych magi­strów”, któ­rzy nie chcą pisać dok­to­ra­tów tyl­ko nauczać. Mia­łam zaję­cia z jed­nym z nich i były to jed­ne z lep­szych zajęć, jakie mia­łam na uczel­ni. I jasne, da się być dobrym pro­wa­dzą­cym i jed­no­cze­śnie zaj­mo­wać się wła­snym roz­wo­jem nauko­wym (z taki­mi też się spo­tka­łam i też potra­fi­li być napraw­dę super), ale jest to zde­cy­do­wa­nie cięż­sze niż sama pra­ca dydak­tycz­na.
        Moim zda­niem głów­nym pro­ble­mem z naucza­niem na uczel­ni (przy­naj­mniej na mojej) jest wła­śnie kadra, któ­rej się naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie chce. Za to doce­niam te jed­nost­ki, któ­rym się chce <3

        • Dosta­ją zle­ce­nia od firm? To brzmi, jak­by byli roz­chwy­ty­wa­ni. A nie są. Raczej muszą chał­tu­rzyć, huma­ni­ści na prze­kła­dach i redak­cjach, ści­słow­cy na infor­ma­ty­ce, wszy­scy na kore­pe­ty­cjach (uprasz­czam, oczy­wi­ście). Ale nie są zado­wo­le­ni z tego sta­nu rze­czy, bo to nadal kiep­sko płat­ne chał­tu­ry, któ­re zaj­mu­ją czas.

          Pra­ca nauko­wa jest i powin­na być naj­waż­niej­sza — bo taka jest isto­ta uni­wer­sy­te­tów. Ale nie wycho­dzi to w prak­ty­ce, bo dydak­ty­ka oraz zwią­za­na z nią biu­ro­kra­cja (a tak­że biu­ro­kra­cja wokół pra­cy nauko­wej) zaj­mu­ją kolej­ne mnó­stwo cza­su. I docho­dzi do para­dok­su, w któ­rycm pła­co­ne jest od dydak­ty­ki, ale roz­li­cza­ne od osią­gnięć nauko­wych. Dobra nie jest z gumy.

          Oczy­wi­ście, że są ludzie, któ­rym się nie chce. Jest ich zde­cy­do­wa­nie zbyt wie­lu — ale im zazwy­czaj rów­nież się nie chce pra­co­wać nauko­wo. Co do “wiecz­nych magi­strów” — na umo­wie zle­ce­nie bądź w jakiejś jed­no­st­ce typu stu­dium języ­ko­we pra­co­wać mogą. Cią­gnąć stu­diów dok­to­ranc­kich w nie­skoń­czo­ność — nie.

    • Masa­kra z tymi prezentacjami.:P Myślę, że spra­wa pie­nię­dzy szcze­gól­nie poka­zu­je się na poli­tech­ni­ce, gdzie wie­dza wykła­dow­ców jest bar­dzo docho­do­wa. Nie każ­da wie­dza przy­no­si jed­nak wykła­dow­com tak faj­ne pie­nią­dze. :D