Twoje niewyrzucone jedzenie nie uratuje nikomu życia.

 

Obiad u ciotki Klotki czy kolacja u babci Poldzi, a nawet zwykłe śniadanie w domu. Na pewno każdy z nas nieraz brał udział w tej krótkiej wymianie zdań.

– Ja dziękuję, już nie umiem.

– Dzieci w Afryce głodują, a Ty resztki zostawiasz?

 

Tak, zostawiam, nie zjem. Do dzisiaj nie wiem, jaką różnicę dziecku w Afryce robi fakt, że kawałek ziemniaka wylądował w moim żołądku, a nie w kompostowniku. Żadną. Chyba, że ja o czymś nie wiem. Może każdy zjedzony przez Europejczyka posiłek trafia w takiej samej formie na stół małego murzynka? Gdyby tak było, uznałabym wylizywanie talerza za największą oznakę kultury, a za otyłość wynikającą z objadania się powinni przyznawać Pokojową Nagrodę Nobla. (Też mielibyście noblistę w rodzinie?) Może jest odwrotnie. Może w momencie, gdy wyrzucam ziemniaka do kosza, ktoś inny zabiera jednego kartofelka z afrykańskiego talerzyka? Niestety, tak to nie działa.

 

Nie wiem dlaczego miałabym nie wyrzucić resztek jedzenia do kosza, skoro wepchnięcie ich w siebie wiąże się z najzwyczajniejszym przejedzeniem się, uczuciem ciężkości, utratą energii, czy też w najgorszym przypadku, z szybkim zwróceniem jedzenia w toalecie. Nie jestem blogerką zajmującą się zdrowym odżywianiem, ale nie muszę nią być, by wiedzieć, że przejadanie się jest po prostu niezdrowe.

 

Co więc zrobić, by uratować dziecko w Afryce?

 

Na początek, może by tak kupować, a co za tym idzie gotować mniejsze ilości jedzenia? Mniejsze porcje = lekki brzuszek = szczęśliwy człowiek. Gdyby tak każda mama ugotowała codziennie 200 gram ziemniaków mniej, to mnożąc to razy około 13 mln gospodarstw domowych w Polsce wychodzi nam 2 mln 600 tyś. kilogramów ziemniaczków zaoszczędzonych na jednym obiedzie! Oczywiście nie jest tak, że niekupione kartofle są pakowane do samolotu i lecą do Afryki. Gdy kupujemy dużo jedzenia, sprzedawcy stwierdzają, że takie jest zapotrzebowanie. Suma możliwej do wyprodukowania żywności na ziemi jest ograniczona, dlatego kupowanie zbyt dużych jej ilości powoduje wzrost cen, co za tym idzie, mniej osób stać na produkty żywnościowe i koło się zamyka. W Polsce 2 mln ludzi żyje w skrajnym ubóstwie. To oznacza, że jakiejś mamusi robi różnicę, czy kilogram ziemniaków kosztuje złotówkę czy dwie. Gdy Pan Mietek z targu, albo Pani Halina z marketu widzą, że zapotrzebowanie na ziemniaczki jest mniejsze, to robią mniejsze zamówienia. Wtedy upraw wystarczy, by spełnić potrzeby konsumentów, sklepy wyrzucą mniejszą ilość żywności, a to wpłynie na obniżenie się jej ceny. Warto też dodać, że 20% produkcji gazów cieplarnianych wynika z produkcji, przetwarzania, transportu i przechowywania jedzenia. Kupując mniej ratujesz naszą planetę! Gratki!

 

niewyrzucone jedzenie

 

Znacie tę reklamę „I ty możesz zostać bohaterem we własnym domu!”. Możesz nim zostać nie tylko poprzez własnoręczne skręcenie półki, ale także przez odpowiednie planowanie i zarządzanie swoją kuchnią. W tym miejscu gorąco polecam Ci mój tekst na temat korzyści płynących z planowania posiłków. Po wprowadzeniu tego nawyku w życie naprawdę dużo zyskałam. :)

 

Okej, ale nadal nie uratowaliśmy murzynka…

Wracając do tematu dzieci w Afryce. Nie czuj się dobroczyńcą tylko dlatego, że kupiłeś kilo ziemniaków mniej. Nie uratujesz świata poprzez, pozbycie się złego nawyku kupowania dużych ilości jedzenia. Po prostu wybierz dowolną fundację i przelej kasę na jej konto. Bardziej pomożesz w ten sposób dzieciom w Afryce, niż gdybyś zjadł mięso, a zostawił ziemniaki. Takie postępowanie, to raczej leczenie i uciszanie sumienia, a nie pomoc potrzebującym.

 

Chciałabym tym tekstem pokazać, że ukierunkowanie artykułów i kampanii społecznych na fakt, że wyrzucanie jedzenia jest złe nie jest moim zdaniem najlepszą drogą. Lepszą byłoby pokazanie społeczeństwu, że należy kupować mniej. Warto też uczyć ludzi (dzieci w szkołach!) planowania posiłków i rozsądnego gospodarowania żywnością. W przeciwnym razie babcia Poldzia nadal będzie uważała, że jest świetną gospodynią, ponieważ nie wyrzuca jedzenia, jednocześnie wciskając je na siłę swojemu malutkiemu wnuczkowi.

 

Wyrzucacie jedzenie? Planujecie posiłki? Jaki macie do tego stosunek? Dajcie znać w komentarzach! :)

Do następnego czytania!

Ania
Follow

  • Zjadanie do końca to jednak nawyk pewnego szacunku do jedzenia (i przy okazji do tego, kto gotował, do pieniędzy, które zostały wydane). A jeśli coś zostaje, to można spakować na następny dzień, przerobić na coś dziwnego. Zostawianie niedojedzonego na talerzu kojarzy mi się z totalnym brakiem wyobraźni i właśnie brakiem szacunku (pomijam tu oczywiście sytuacje skrajne).

  • Pingback: Blogowe podsumowanie roku 2015. - Blue Kangaroo()

  • ja trochę inaczej rozumiem to niewyrzucanie jedzenia, bo dzieci w afryce głodują. chodzi o szacunek do jedzenia i świadomość, że ono jest cenne i że nie każdy ma taki luksus. oczywiście nie jestem zwolenniczką wciskania w siebie na siłę typu lepiej odchorować niż by miało się zmarnować. ale bezrefleksyjnego wyrzucania również nie pochwalam. zawsze można resztkę schować do lodówki na później, zużyć do zupy/sosu/sałatki albo dać pieskowi. i nie gotować kolejnego obiadu kiedy tym co zostało z poprzedniego możemy się najeść. staram się szanować jedzenie, a co za tym idzie swój portfel i swoją ciężką pracę, która ten portfel zapełnia.

    • U nas się też zostawia na następny dzień, ale gdy dany produkt został już że tak powiem nadgryziony, to resztkę wyrzucamy. Ale to dzieje się bardzo i to bardzo rzadko, bo zwykle gotujemy mniejsze porcje. :)

  • Bardzo spodobał mi się ten wpis! Przede wszystkim trafiłaś do pani inżynier tymi liczbowymi porównaniami :) Po drugie absolutnie się zgadzam i sama złoszczę się na babcię, która wciska mi jedzenie argumentując to właśnie małymi murzynkami :). Znowu poruszasz jakiś ważny społeczny problem! I like it!

    • Pani inżynier, Pani uratuje murzynka i zje te ziemniaczki. ;)

  • Absolutnie popieram. Myślę, że babcie zbyt dobrze jeszcze pamiętają czasy, kiedy kupić się nie dało. Dlatego teraz kupują więcej i dbają o rozrost brzuchów wszystkich domowników.
    Niewiele było okazji, gdy wyjeżdżałam gdzieś zupełnie sama i mogłam samodzielnie planować zakupy i posiłki. Wiem jednak, że w tych momentach za punkt honoru biorę sobie dobrą organizację żywieniową, a każde wyrzucenie czegokolwiek to mała porażka. Ot, na przykład dziś wyrzuciłam sałatę, bo została jej resztka, która wyglądała już nieświeżo. Błąd w obliczeniach, do poprawy!

    • Przypomniało mi się jak kiedyś musiałam wyrzucić łososia w plastrach. Mama kupiła mi go i powiedziała, że mam go w domu nie jeść, a wziąć ze sobą do mieszkania studenckiego. I kurna ten łosoś się w tym czasie zepsuł. Gdy otworzyłam go na mieszkaniu już śmierdział i myślałam, że się w tym momencie popłaczę, bo taką miałam na niego ochotę. Zresztą moja mama zrobiła już taki numer z kilkoma camembertami, ale od czasu tego łososia nie słucham jej już, kiedy mówi: „Nie otwieraj to na.. kiedyś tam”.

  • Z tym kupowaniem i planowaniem to bardzo ważne, w sumie nawet abstrahując od uratowanych Murzyniątek. Raczej sprawa kończy się na naszej gospodarce i naszych zasobach, ale dla mnie to nawet ważniejsze. Kiedy byłam w UK to przerażało mnie, jak ludzie tam zupełnie nie szanują tego, co można kupić za pieniądze, bo mają one tam u nich zupełnie inną wartość. Potrafią coś kupić i od razu wyrzucić. Odrzuca mnie taka niepohamowana i bezmyślna konsumpcja. Tym bardziej, że akurat czego jak czego ale pieniędzy to nie mam w nadmiarze:)

    • W ogóle Amerykanie to dziwny naród. Taka konsumpcja może przerażać zawsze, nie tylko gdy pieniędzy mało. Przecież bezsensu jest kupowanie tylu kilogramów jedzenie, byle było. Byle nie zabrakło.

  • Zdecydowanie jestem za planowaniem i kupowaniem mniejszej ilości produktów ale częściej. Na mnie działa też argument ekonomiczny. Kiedy odnajduję w lodówce przeterminowany jogurt, kupiony „na zapas” i muszę go wyrzucić, to wyobrażam sobie że wyrzucam do śmieci te 2 zł, które na niego wydałam. To działa.

    • Freeganie by się ucieszyli z tego jogurtu:) Ja czasem zjadam takie przeterminowane, bywają dobre nawet kilka dni po terminie. No chyba że coś nóg dostanie, to wtedy nie ma rady :p

      • Też bym czasem zjadła, ale boję się zatrucia :)

        • Podczas przygotowywania tego tekstu czytałam dużo artykułów na ten temat i w jednym było właśnie o tym, że te daty na opakowaniach są względne, a szczególnie, gdy pisze „najlepiej spożyć przed”. To najlepiej nie wskazuje na to, że koniecznie. Ogólnie zasada jest taka, że jak nie śmierdzi to można jeść. ;p Tzn. ja się do niej stosuję i serio się sprawdza. Jogurty dzień, czy dwa po terminie to nie problem, często używałam też masła, które miało kilka dni po terminie, sałata z paczki… Ale mięsa bym przeterminowanego nie zjadła.

  • Masz całkowitą rację. Po pierwsze lepiej wpłacić jakieś – choćby drobne – pieniądze na rzecz fundacji niż tylko mówić, że dzieci w Afryce są głodne i lajkować głupie strony. A co do samego jedzenia – znam rodzinę (trzyosobową), w której kupuje się po dwa bochenki chleba, kiść bananów, dwa kilogramy truskawek w sezonie i ogólnie całą masę rzeczy dziennie. Ale to nie tak, że oni to kupują i wystarcza im to na kilka dni, o nie. Oni tych bananów (czy chleba, cokolwiek) nie mogą zjeść już następnego dnia, bo przecież są „niedobre”, więc lądują w koszu. I tak codziennie… Coś strasznego, patrzeć na to nie mogę. Nie rozumiem takich zachować, nie wiem po co ludzie kupują trzy razy więcej niż mogą zjeść, naprawdę…

    • Cooo? Przecież wszystkie te produkty, które wymieniłaś są dobre przez kilka dni. Masakra! Nie wiedziałam, że istnieją takie osoby.

      • No dokładnie. Ręce mi opadają jak tego czasami słucham, naprawdę…

  • Nie wyrzucam, bo planuję! – w ogóle fajne hasło jakiejś akcji :D Wszystko, co piszesz to niestety prawda. Jesteśmy wychowani żyjąc konsumpcyjnie i chcemy tylko mieć. Pamiętam do dziś jak moja ciocia na urodzinach swojego syna serwując nam kilka kanapek zapytała się czy chcemy coś jeszcze (wtedy miała jeszcze bandę dzieciaków na głowie, którzy odwiedzili moje syna). My odpowiedzieliśmy, że tak, bo przyszliśmy w odwiedziny, a nie się nażreć. Ciocia na to „Panie Boże, co by na to powiedziała sąsiadka! Ja tu biedna zimna płyta, a ona ostatnio miała katering! Tak te się zlewało ze stołu”. Ja się pytam: po co to?

    • Catering na takiej zwykłej domowej imprezie? Dziwne. Niby praktycznie, bo jeśli ktoś nie ma czasu i bardzo mu się nie chce, ale jednak dziwne.;p

  • Bardzo rzadko zdarza mi się coś wyrzucić, nie lubię takiego marnotrawstwa. Nie lubię przez to kupować np. wędlin, niby biorę mniej, a jednak czasami zdarza się, że coś musi zostać wyrzucone, bo już się do jedzenia nie nadaje.

    • Mi czasem mama też naładuje tych wędlin, a ja w sumie nie przepadam za nimi. No to potem wkrajam je do jajecznicy najczęściej, ale zdarzało się, że musiałam wyrzucić.

  • Niestety w naszym kraju istnieje przekonanie, że trzeba wszystko zjeść, bo nic nie może się zmarnować. Faktem jest, że staliśmy się społeczeństwem bardzo konsumpcyjnym i wszystkiego nam wiecznie mało – więc i półki w lodówce uginają się od nadmiaru jedzenia, przez co połowę się wyrzuca, bo straciła termin przydatności. Ale z drugiej strony faktem jest też to, że u nas porcje nakładane na talerz są kopiaste. „Zjedz wszystko, co masz na talerzu” miałoby rację bytu, gdyby ilość jedzenia odpowiadała faktycznym potrzebom. Ale nie – 10-latkowi nałożę tyle, co jego ojcu, bo przecież synuś musi być duży i silny – jak tatuś.

    • Oj tak! Gdzieś słyszałam, że dziecko ma taki żołądek, jak pięść dorosłego człowieka, no to jak tam się ma więcej zmieścić!

  • Wciskanie jedzenia dzieciakom na siłę to najgorszy błąd wychowawczy. No dobra, może nie najgorszy, ale bardzo bardzo zły. Uczy bardzo złych nawyków i potem w dorosłości są problemy z objadaniem się i poczuciem winy bo „zostało z obiadu”.

  • W większości się z Tobą zgadzam. Uważam jednak, samo ograniczenie kupowania ziemniaków jest wartościowe. A inaczej – świadomość, że kiedy my wyrzucamy jedzenie, miliony ludzi na świecie żyją w skrajnym ubóstwie. Myślę, że warto o tym mówić. Warto opowiadać uczniom w szkołach o tym, w jakich warunkach żyją Palestyńczycy i mieszkańcy Afryki. Opowiadanie o tym, jak wygląda szkolnictwo w Afganistanie. Że to, co my uważamy katorgę (czyli chodzenie do szkoły), dla młodych Afganek jest największym marzeniem i szansą na lepsze życie. Że dziewczynki marzą o byciu lekarkami i nauczycielkami, a cudem jest, jeśli mogą chodzić do szkoły przez cztery lata. Moje spojrzenie na te sprawy bardzo zmieniła książka „Świat według Janki” – wywiad-rzeka z Janiną Ochojską. Wierzę w to, że jeśli mamy świadomość tego, co dzieje się na świecie i przyjmujemy to, co nas spotyka z wdzięcznością i pokorą, świat jest trochę lepszy.

    • Edukacji w naszym kraju można wiele zarzucić i właśnie między innymi to, że nie uświadamia w takich kwestiach, a za to uczy pustych teorii. No ale, od czego są blogi. ;D

  • Bardzo staram się nie wyrzucać jedzenia, kupuję mniej, przechowuję w próżniowych naczyniach, ale pomimo tego czasem niestety zdarzy mi się coś wyrzucić. Tego nie da się uniknąć ;) A pomagać można w inny sposób, nie tylko gadaniem przy talerzu zupy ;)
    PS. A ja jutro idę z mężem malować boksy dla koni i już się cieszę, że mogę naprawdę i realnie pomóc :)

    • W naszych okolicach gdzieś? :)
      A tak w ogóle, to jedziecie na See Bloggers, bo już nie pamiętam, czy o to pytałam.

      • Tak w Rybniku ;) Tak w ogóle to po 13 latach wróciłam do jazdy konno i mi wysiadły przez tydzień ledwo chodziłam ;)
        Niestety odrzucili moje zgłoszenie :/

        • Że już miejsc nie było? Dziwne. No to miłej pracy jutro! ;)

          • Generałów do wojska nie biorą :P A tak na poważnie nie wiem przypadkiem czy zmiana nazwy bloga fanpage nie miała wpływu. Nie wiem. Może na BFG się uda ;)

  • Przyznam się, że wyrzucam jedzenie. Zawsze o czymś zapomnę i coś się zepsuje. Ale walczę z tym. Ostatnio zrobiłam nawet dobry uczynek z tym związany. Zostało nam 300 niesprzedanych pączków z dnia wcześniej. Nie można było ich już sprzedać więc aby nie wyrzucić pojechaliśmy do schroniska dla bezdomnych i rozdaliśmy je:) Twój blog jest mega pozytywny. Daje mi dużego kopa motywacyjnego! Ostatnio była jakaś posucha na blogach i nie miałam czego czytać, na szczęście znalazłam się tutaj :)

    • Haha! Rozbawiło mnie określenie „posucha”. ;) W takim razie cieszę się, że Ci się tu spodobało. :)
      A to co zrobiliście z tymi pączkami – naprawdę urocze! Strasznie jest to, że większe sklepy mają zakaz oddawania żywności, a nawet gdyby mogły musiałyby od tego zapłacić podatek. Śmiechu warte, a tak naprawdę to one marnują znacznie więcej żywności niż gospodarstwa domowe.