Wygrałeś kiedyś pojedynek wzrokowy z dzieckiem?

Był upal­ny, lip­co­wy wie­czór.  Słoń­ce mia­ło się już ku zacho­do­wi, w powie­trzu roiło się od koma­rów. Wra­ca­łam dobrze zna­ną mi dro­gą do domu. Myśla­łam o cudow­nych waka­cjach, któ­re mnie cze­ka­ją, o grza­niu tyłecz­ka w base­nie, o kilo­me­trach, któ­re prze­bie­gnę i o tonach lodów, któ­re wsza­mię. Roz­ko­szo­wa­łam się obra­zem sie­lan­ki w mojej gło­wie kie­dy to nagle, jak­by zni­kąd poja­wi­ło się ONO.

Jecha­ło wol­no na rol­kach, zestre­so­wa­na przy­śpie­szy­łam kro­ku. Ono też przy­śpie­szy­ło. Kątem oka widzia­łam, że utrzy­mu­je pozy­cję rów­ną mojej. Sta­ra­łam się patrzeć przed sie­bie i nie zwra­cać na nie uwa­gi. Ono szyb­ko mnie przej­rza­ło. Przy­śpie­szy­ło tem­pa, nie mia­łam żad­nych szans — jecha­ło prze­cież na rol­kach! Prze­ra­żo­na pomy­śla­łam o tych set­kach prze­gra­nych walk, o tych upo­ko­rze­niach w mar­ke­tach i na przy­stan­kach, w tram­wa­jach i pocią­gach, na ryn­kach i przed­mie­ściach, w par­kach i lasach, na base­nach i jezio­rach i coś we mnie pękło. Teraz albo nigdy — pomy­śla­łam i odwró­ci­łam deli­kat­nie gło­wę w pra­wą stro­nę. Ono było szyb­kie. Bły­ska­wicz­nie zła­pa­ło kon­takt. Mia­ło wiel­kie, nie­bie­skie oczy i jasne blond rzę­sy. Po jego twa­rzy widać było, że to nie dzie­cin­ne igrasz­ki. Była niczym kamień a w dodat­ku pew­na sie­bie, wojow­ni­cza. Tak, to była twarz praw­dzi­we­go wojow­ni­ka, któ­ry zno­kau­to­wał już tysią­ce gra­czy.
pojedynek wzrokowy z dzieckiem
A ja? Robi­łam to, co w mojej mocy, by nie odwró­cić wzro­ku. Wie­dzia­łam, że jeśli nie wygram tej bitwy to nie wygram już żad­nej. Wzbie­ra­ło we mnie zwąt­pie­nie i powie­ki zaczy­na­ły mi drżeć. Ale co to? Ono jest już kawa­łek przede mną. Nie patrzy na dro­gę, wle­pia we mnie śle­pia w któ­rych poja­wia się nie­pew­ność, ono jedzie jesz­cze dalej, nie­wiel­kie zachwia­nie rów­no­wa­gi i już myślę, że moja wygra­na oku­pio­na zosta­nie wiel­ką gle­bą, już widzę jego hanieb­ną poraż­kę. Ono jed­nak deli­kat­nie odwra­ca gło­wę i odpy­cha się lewą nogą od asfal­tu, nie gra­tu­lu­jąc mi nawet wygra­nej. No cóż, ja też nigdy nie gra­tu­lo­wa­łam. Odwra­ca się jesz­cze raz i rzu­ca mi spoj­rze­nie, któ­re mówi jak­by przez zęby: wygra­łaś — TYM RAZEM. Prze­ły­kam śli­nę i widzę jak ono odjeż­dża w szyb­kim tem­pie. HEJ HO 1:0 DZIECKO! Trze­ba było nie rzu­cać ręka­wi­cą jadąc na rol­kach.

 

  • Pingback: 8 punktów o tym, jak nie pisać pracy naukowej. - Blue Kangaroo()

  • a ja tam na takie rze­czy nie zwra­cam uwa­gi, wiem, jestem zła:(

  • Super wal­ka, naj­waż­niej­sze, że wygra­łaś. Ale z wła­sny­mi dzieć­mi to tak już róż­nie bywa, pozdra­wiam ser­decz­nie :)
    A o tych poma­rań­czo­wych liliach poczy­tam, może coś wymyślę…dzięki.

  • Hihi a mi się zda­rza wygry­wać :D Gapię się po pro­stu ta dłu­go, aż dzie­cia­ko­wi się znu­dzi (naj­czę­ściej w auto­bu­sie) :))

  • Spró­buj wygrać z tygry­sem w zoo bitwę na wzrok , to jest level expert :)

    • haha­ha! Sła­bo mi idzie z dzieć­mi, więc chy­ba nawet nie będę pró­bo­wać z tygry­sem ;)